18.2.10

Co robią promienie rentgenowskie?

W ostatniej chwili, gdy widzieliśmy Idę, jeszcze się uśmiechała. Ale czuło się, że była trochę przestraszona. Potem zniknęła nam z oczu. Drzwi, na których przyklejono tajemniczy czarny znak na żółtym tle, zamknęły się.
- Tato – zapytał cicho Kacper – a co ten znak oznacza?
- Ostrzega, że tam są promienie rentgenowskie, które mogą być niebezpieczne dla zdrowia. Dlatego bez potrzeby nie należy tam wchodzić.
- Ojej, to Ida może po tym zachorować? – przeraził się.
- Nie, w małych dawkach jest nieszkodliwe. Dopiero jak za dużo się ich otrzyma, to może zaszkodzić.
- Jak?
- A, można mieć poparzenia, źle się czuć, i w ogóle zdrowie się pogarsza – nie chciałem wchodzić w szczegóły, bo już widziałem, że Kacper odsunął się od tajemniczych drzwi na najdalszą możliwą odległość. – Przecież mówiłem ci, że w małych dawkach jest zupełnie nieszkodliwe! – zawołałem.

Na szczęście, zanim zdążyłem się na poważnie zirytować, na powrót pojawiła się Ida w towarzystwie pani doktor. Uśmiechała się i tym razem wyglądała na prawdziwie zadowoloną. Zażądała też wyjaśnień, co tam z nią robiły te promienie rentgenowskie.
Otóż mają one przedziwną właściwość: przenikają przez nasze ciało. Ale nie równomiernie. Tkanki miękkie, czyli na przykład mięśnie, są dla nich niemal zupełnie przezroczyste. Natomiast duża część promieni zatrzymuje się na kościach. Jeśli teraz za ciałem ustawi się kliszę fotograficzną, to naświetli się ona nierówno. Mocniej tam, gdzie promienie rentgenowskie mogą przechodzić bez większych przeszkód. Na wywołanym obrazku będzie to miało kolor czarny. Natomiast w tych miejscach kliszy, gdzie dotrze mniej promieni, bo po drodze zatrzyma je kość, pojawią się białe plamy, ściśle odwzorowujące zarys szkieletu. Dzięki temu można obejrzeć kości człowieka bez przecinania jego ciała.
Odkrycia tego dokonał Wilhelm Conrad Roentgen już ponad sto lat temu. Prowadził badania nad innym rodzajem promieniowania. Przy okazji zauważył, że z jego urządzeń wydobywają się promienie, które przenikają przez czarny papier. Ze względu na ich tajemniczość nazwał je X i tak się do dziś określa je w wielu krajach. Po polsku przyjęła się jednak nazwa promienie rentgenowskie lub promienie Roentgena – na cześć odkrywcy. Uczony nie poprzestał jednak na prostej obserwacji nowego zjawiska. Tak się przejął tym, co odkrył, że podobno na parę tygodni przeniósł łóżko do laboratorium i nakazał, by przynoszono mu tam posiłki. W pewnym momencie poprosił żonę, by pozwoliła sfotografować swoją rękę za pomocą nowo odkrytych fal. Za jej dłonią ustawił płytkę fotograficzną, po czym przepuścił przez nią promienie X. Gdy potem wywołał zdjęcie, zobaczył na nim kości oraz pierścionki swojej małżonki. I to do dziś jest jedna z najsłynniejszych fotografii na świecie. Wciąż jej reprodukcję można obejrzeć w podręcznikach (oraz u góry tej strony). I nic w tym dziwnego. Od niej zaczęła się rewolucja w medycynie. Lekarze byli zachwyceni, bo teraz przed operacją mogli najpierw obejrzeć kości pacjenta i sprawdzić, co się z nimi dzieje. Wieść rozniosła się szybko. Wkrótce potem zdjęcia rentgenowskie stały się bardzo popularne. I wtedy właśnie okazało się, że choć to dobrodziejstwo, to trzeba je stosować z umiarem. Zbyt częste naświetlania promieniami X prowadziły do oparzeń, osłabienia odporności, a w skrajnych przypadkach nawet rozwoju nowotworów. Dlatego właśnie obecnie stosuje się ograniczenia w ich wykorzystywaniu. Na drzwiach pomieszczeń, w których robi się zdjęcia rentgenowskie, umieszcza się znak ostrzegawczy. Wchodzą tam tylko ci, co muszą. A pacjentom, którym wykonuje się prześwietlenie, na ciało zakłada się ołowiany fartuch, nieprzepuszczający promieni Roentgena. Dzięki temu naświetla się tylko te części ciała, które trzeba. W przypadku Idy były to szczęki. Musieliśmy bowiem zobaczyć, jak wyglądają jej zęby.
Ida była tym zachwycona. Gdy więc po paru minutach, przyniesiono zdjęcie rentgenowskie obu jej szczęk, wcale się nie zmartwiła, że było trochę niewyraźne.
- To zrobimy drugie, tak? – zachwyciła się.
- Ida, poczekaj, mówiłem, że robi się tylko wtedy, gdy naprawdę trzeba.
- Ale u mnie trzeba. Koniecznie – odparła rezolutnie Ida. – Muszę zobaczyć swoje zęby.
Może kiedyś…

3 komentarze:

Alicja Urbanowicz pisze...

Gratuluję tematyki bloga, zanosi się na częste zaglądanie... Pozdrawiam serdecznie :)

Anonimowy pisze...

Jestem pod wrażeniem pomysłu i ogólnie całokształtu bloga. Ostatnio nurtuje mnie i mojego młodszego brata pytanie: Dlaczego, gdy rana się goi odczuwamy swędzenie? Pozdrawiam :)

Wojciech Mikołuszko pisze...

Dziękuję za pochwały i pytania. Bardzo ciekawe, naprawdę. Obiecuję poszukać odpowiedzi, choć może to potrwać kilka tygodni. Jak już się tym zajmę i znajdę odpowiedź, to zamieszczę ją na blogu.
Z serdecznymi pozdrowieniami
WM