12.7.09



Ależ lało! Nasz rodzinny wyjazd do Estonii, do gospodarstwa na wyspie Saaremaa, upłynął pod znakiem deszczu. Dzisiaj wróciliśmy właśnie, pełni wrażeń i zmęczenia. Z powodu deszczu musieliśmy nieco zmienić nasze pierwotne plany wycieczek. Więcej niż zamierzaliśmy spędziliśmy pod dachem, zwiedzając zabytki i mocząc się w krytym basenie. Choć i tak sporo czasu byliśmy na świeżym powietrzu. Udało nam się nawet razem z dziećmi pokonać pieszy szlak, który łączył kilka pobliskich wysepek, zmuszając turystów do wędrowania po pas w morskiej wodzie (dla dzieci było po pachy!).
Tyle wody przypomniało nam zeszłoroczne wakacje w górach, które też spędziliśmy w deszczu. I to wtedy właśnie padło pytanie, skąd się on w ogóle bierze na tym naszym świecie.
Zacząć trzeba od parowania. Gdy bowiem słońce przygrzeje, woda w stanie ciekłym – czyli ta, która znajduje się w oceanach, morzach, jeziorach, rzekach, nawet w glebie – częściowo zamienia się w stan gazowy, czyli parę wodną. Ta zaś unosi się razem z całym nagrzanym powietrzem. Im cieplejsze powietrze, tym wyżej zwykle dotrze. Im wyżej jednak, tym niższe panuje ciśnienie i niższa temperatura. Powietrze więc stopniowo ochładza się, w pewnym momencie tak mocno, że para wodna staje się gotowa do ponownej zamiany w wodę ciekłą. By ten proces się zaczął, potrzebny jest jednak jakiś bodziec. Najczęściej stają się nim mikroskopijne kryształki soli lub lodu, drobinki pyłów wulkanicznych i pustynnych, a ostatnio zanieczyszczenia przemysłowe. Te wszystkie maleństwa, wokół których zaczyna się skraplać para wodna, naukowo noszą nazwę jąder kondensacji. Dzięki nim tworzą się bardzo malutkie kropelki wody. Jeśli temperatura jest bardzo niska, bardzo szybko one zamarzają, zamieniając się w kryształki lodu. I kropelki wody, i kryształki lodu, pochłaniają i rozpraszają promieniowanie słoneczne. Dlatego ich zgrupowania można dostrzec nawet z powierzchni Ziemi. Nazywają się - naturalnie - chmurami.
Kropelki wody, fruwając nad naszymi głowami, zderzają się ze sobą. W ten sposób łączą się, formując coraz większe i większe kropele. Ich objętość może wzrastać w ten sposób nawet milion razy! Gdy już są tak wielkie, nie dają rady utrzymywać się w powietrzu. Spadają wówczas na ziemię w postaci – tak jest! – deszczu. Również kryształki lodu z chmur, gdy urosną, lecą z powrotem na dół. Jeśli tam jest dość niska temperatura, spadnie śnieg. Jeśli wysoka – śnieżynki roztopią się i będziemy mieli zwykły deszcz. Bywa, że gdy powietrze jest suche, deszcz w ogóle nie dociera do ziemi. Po prostu wyparowuje i wraca w górę w postaci pary wodnej.
No, takiego zdarzenia nie mieliśmy w Estonii. Jak deszcz padał, to z całą pewnością docierał do ziemi. Poczuliśmy to na własnej skórze.
A dla ciekawskich dwa dobre źródła wiadomości: strona „Ask an Earth Scientist” oraz książka Jacka Jani „Zrozumieć lodowce”.

A to ja z dziećmi podczas deszczowej wycieczki na półwysep Sorve.

.

Brak komentarzy: