30.6.09

Dlaczego nie pamiętamy wszystkiego, jak byliśmy mali?

Proszę, mój blog przynosi niespodziewane korzyści. Dzięki niemu dostałem bardzo miły list od Anny Jakubiuk-Tomaszuk: „Na wstępie pragnę się przypomnieć – przeczytałem w pierwszym zdaniu. – Jestem Twoją koleżanką z przedszkola”. I tu się zawstydziłem, bo nie mogłem sobie Ani przypomnieć. Ale czytajmy dalej: „Wiem, że to było dawno, dawno temu, prawie 30 lat i już tego okresu nie pamiętamy”. Uff, to nie tylko ja mam kłopoty z pamięcią… „Gratuluję bloga, trafiłeś z pomysłem. Powiem, szczerze, że mnie też nurtuje kilka pytań. Na początek, myślę, proste: ‘Dlaczego nie pamiętamy wszystkiego, jak byliśmy mali?’. Pytanie to wzięło się stąd, że moje dzieci, Magdalena i Łukasz, co wieczór przed zaśnięciem nad wszystkie mądre książki wolą usłyszeć, jak to było kiedy byłam mała. Przez te wszystkie lata wydawało mi się, że wszystko pamiętam. Okazuje się, że nie wszystko…”
Nic w tym, prawdę mówiąc, dziwnego. Zacznę od definicji. Generalnie psycholodzy wyróżniają kilka rodzajów pamięci, które ma każdy z nas. Ta, która odpowiada za przechowywanie zdarzeń z naszego życia osobistego, nazywana jest pamięcią autobiograficzną. Potrafi ona płatać nam mnóstwo figli. A czasem wręcz obrzydliwie oszukuje.

Pierwszy trik pamięci autobiograficznej jest dość prosty: nigdy nie pamiętamy wszystkich zdarzeń z własnego życia. Jest to nam po prostu niepotrzebne. Lepiej pamiętać tylko to, co ważne. A całej reszty pozbyć się, by nie zajmowała nam miejsca w mózgu i czasu w życiu. Problem polega na tym, że to, co pamięć uznaje za ważne wcale nie musi takim być. „Wspomnienie jest jak pies, który kładzie się gdzie zechce” – pisze Douwe Draaisma w świetnej książce, która służy mi jako przewodnik po meandrach pamięci autobiograficznej. „To tak jakby ktoś polecił robić notatki z własnego życia nieposłusznemu sekretarzowi, który pilnuje swoich własnych interesów i dokładnie zapisuje to, o czym człowiek chętnie by zapomniał, a w najbardziej godnych uwagi chwilach udaje, że pilnie notuje, lecz po kryjomu dawno już zakręcił kałamarz”. Parę zależności można jednak znaleźć. Lepiej utrwalają się nam wspomnienia, które wiążą się z jakimiś emocjami. Zwykle im bardziej intensywne przeżycie, tym mocniej wryje się nam w pamięć. Tym bardziej, że potem je wiele razy powtarzamy – i innym, i sobie. Skoro coś „przewijamy sobie” w głowie, albo wciąż opowiadamy innym, znaczy się, że jest ważne. I to właśnie nam się utrwala. Ale tu pojawia się problem. Po pewnym czasie bowiem lepiej pamiętamy własne opowiadanie niż rzeczywiste zdarzenie. A że historie, które snujemy, zmieniają się, wspomnienie też ulega zmianie. Zwykle przy tym nie mamy tego świadomości. Wciąż widzimy jakby to działo się naprawdę. Tymczasem potem fakty mogą temu przeczyć.
Ba, bywa, że nasza pamięć utrwala cudze opowieści! Douwe Draaisma przytacza wspomnienia psychologa, który doskonale pamiętał wypadek, jaki zdarzył się jego niani. Gdy był dzieckiem, usiłował go porwać nieznany mężczyzna, a opiekunka dzielnie stanęła w jego obronie. Tak dzielnie, że została okrutnie podrapana. Mały chłopiec po latach miał w głowie obraz tego zdarzenia. Tyle że potem niania przysłała list z przeprosinami, w którym napisała, że całe zdarzenie zmyśliła!
Deformowanie wspomnień może zachodzić z jeszcze innego powodu. Carol Tavris, w książce „Błądzą wszyscy (ale nie ja)” pisze, że ludzie nieświadomie kształtują pamięć tak, by lepiej pasowała do ich obrazu samego siebie. Jeśli ktoś chce, by uznawano go za wolnego ducha, tak przeinaczy swoją pamięć, że wszystkie zdarzenia będą to potwierdzać. A on sam będzie w to wierzył. Jeśli ktoś z kolei zamierza podkreślać, jak bardzo w życiu się zmienił, jego pamięć będzie mu podsuwać obrazy jego jako złego człowieka sprzed przełomu, a dobrego – po przełomie. Tavris pisze o mężczyźnie, który podczas psychoterapii przypomniał sobie swój pobyt w obozie koncentracyjnym. Miał tam przebywać jako żydowskie dziecko. Gdy spisywał wspomnienia, płakał nad nimi. Opublikował je potem jako książkę, która zyskała bardzo przychylne recenzje i nagrody. Potem okazało się, że jej autor nie był Żydem, wojnę spędził w Szwajcarii i nigdy nie pojawił się w obozie koncentracyjnym. Przy czym on naprawdę wierzył w swoje wspomnienia! Błędy pamięci ratowały jego poczucie własnej wartości. Dzięki nim stał się kimś ważnym. Bez nich byłby nikim. A tego nikt nie lubi.
W dodatku pamięć niesprawiedliwie traktuje poszczególne etapu życia. Najlepiej przechowuje zdarzenia, które miały miejsce między 15 a 25 rokiem życia. Zarówno to, co zdarzyło się potem, jak i to, co zdarzyło się przedtem, utrwala się słabiej. Najgorzej zaś pamiętamy czas do 3.-4. roku życia. Wspomnienia z tego okresu, jeśli w ogóle są, mają postać „błysków w ciemności”. Powszechnie o tym okresie mówi się więc, że objęty jest amnezją dziecięcą. Przy czym dotyczy ona właśnie pamięci autobiograficznej - prawie nie pamiętamy zdarzeń z własnego życia, a przecież pamiętamy, czego się wówczas nauczyliśmy (choćby języka, jakim mówimy). Wyjaśnień zaproponowano mnóstwo. Niektórzy twierdzą, że mózg jest wówczas zbyt słabo rozwinięty. Inni, że do przechowania pamięci potrzebny jest umiejętność mówienia. Najwięcej zwolenników ma jednak hipoteza, zgodnie z którą pamięć autobiograficzna działa tylko wtedy, gdy mamy świadomość samych siebie. A u małych dzieci jeszcze się ona nie wytworzyła. Zazwyczaj na przykład nie mówią o sobie „ja zrobiłem”, tylko „Piotruś zrobił”, albo „Kasia zrobiła”. A jak nie ma „ja”, nie ma i osobistych wspomnień.

Ale Ania moim zdaniem ma dobrą pamięć autobiograficzną. Na dowód przesłała mi nasze wspólne zdjęcie z przedszkola. Ten pan z tyłu chyba udaje świętego Mikołaja. Ale my, jako dzieci, ładnie wyglądamy, prawda?

1 komentarz:

Dawa15 pisze...

Fajny post, też nad tym myślałem...