24.5.09

Czy na Hawajach jest fajnie?

Doprawdy, miałem wyjątkowe szczęście. Cóż, nawet mi, jak widać, może się to przytrafić. Otóż amerykański Narodowy Tropikalny Ogród Botaniczny uhonorował mnie tygodniowym stypendium dla dziennikarzy specjalizujących się w ochronie środowiska. Właśnie ten post piszę siedząc w domku należącym do ogrodu botanicznego. A znajduje się on – proszę mi wierzyć to nie żart – na hawajskiej wyspie Kaua’i!
Razem ze mną na stypendium przebywa pięcioro dziennikarzy z USA oraz autorka popularnonaukowych książek dla dzieci z Kanady. Codziennie mamy zajęcia – wykłady i terenowe wycieczki. Naprawdę, bardzo to ciekawe. Tęsknię jednak za rodziną. Na szczęście mamy Internet i możemy wymieniać się mailami. Kacper, gdy pisze do mnie, bardzo się stara, żeby jego listy wyglądały ładnie. Podkreśla literki i koloruje je na czerwono, niebiesko lub zielono. Napisał mi, że jego krab właśnie zrzucił pancerz. I chciał jeszcze wiedzieć, „czy jest fajnie” na Hawajach. A odpowiedź na to pytanie nie jest tak oczywista, jak mogłoby się wydawać.
Tak, tak, wiem, że ten archipelag zwykle uważa się za symbol raju. Ciepły klimat, słońce, piękne plaże, mnóstwo kwiatów, kolorów. To prawda. Dla ludzi więc, którzy tu przyjeżdżają na wakacje, na Hawajach jest fajnie, nawet bardzo fajnie. Ale dla zwierząt i roślin, które zamieszkiwały te tropikalne wyspy od setek tysięcy lat, dawno przestało być tu fajnie. Już na pierwszym wykładzie usłyszałem wręcz, że z ich punktu widzenia trudno wyobrazić sobie gorsze miejsce do życia. Głównie z powodu setek obcych gatunków roślin i zwierząt, które człowiek tutaj sprowadził. Kompletnie odmieniło to tutejszą przyrodę. Pierwotnie na Hawajach na przykład nie było w ogóle ssaków. Pierwsi ludzie, którzy tu przybyli, niechcący sprowadzili szczury. Ale prawdziwa inwazja ssaków zaczęła się, gdy archipelag odkryli Europejczycy. Teraz po lasach włóczą się choćby zdziczałe świnie i kozy. Rozorują glebę i niszczą korzenie roślin, które zupełnie nie są przystosowane do radzenia sobie z takimi stworzeniami. Człowiek sprowadził też – chcący i niechcący – mnóstwo nowych gatunków drzew, traw i ziół. Pracownicy ogrodu botanicznego pokazywali nam lasy, w których pierwotne rośliny w zasadzie zostały całkowicie wyparte przez nowe. Właściwie większą część wyspy porasta obecnie gęsty nowy drzewostan, w którym trudno uświadczyć pierwotne gatunki. To tak jakby nagle nasze lasy sosnowe i dębowe znikły, a na ich miejsce wyrosły palmy czy cedry. I wystarcza czasem ledwie 20, 30 lat. Nasze drzewa w przypadku inwazji obcych mogłyby jeszcze gdzieś uciec – choćby do Rosji, Szwecji czy Niemiec. Tutaj, na niewielkich wyspach, rośliny nie mają takich możliwości. Są skazane na wymarcie. Pracownicy Narodowego Tropikalnego Ogrodu Botanicznego potrafią policzyć ostatnie egzemplarze rdzennych gatunków. Pokazywali nam ich zdjęcia, mówiąc: „tego mamy 5 okazów”, „tego 20”, „ten został już tylko jeden”. Tutejsi naukowcy w dużej mierze skupiają się więc na ratowaniu rdzennych hawajskich roślin. W jednych miejscach krok za krokiem niszczą wszystkich gatunki inwazyjne. W innych - wspinają się na strome klify, by odnaleźć ostatnie okazy rodzimych roślin. Ostrożnie przenoszą potem ich nasiona lub siewki do szkółki, gdzie je rozmnażają, często z użyciem najnowszych technik laboratoryjnych. Gdy uda im się ta sztuka, część roślinek sadzą w ogrodzie botanicznym, część w rezerwatach. Wkładają w to gigantyczną pracę. Naprawdę, podziwiam ich. I choć zabrzmi to nieco śmiesznie, to choćby ze względu na tych naukowców ja na Hawajach czuję się "fajnie". Uwielbiam poznawać ludzi z pasją, z ideami, z szeroką wiedzą i horyzontami. A takich tu właśnie spotkałem. Ich mottem życiowym stało się hawajskie przysłowie „Malama’Aina”, czyli "troszcz się o ziemię", a ziemia zatroszczy się o ciebie. Warto byśmy i my je przyswoili. Malama’Aina!

To nasza grupa. Od lewej stoją: dr Gaugau Tavana (dyrektor działu edukacji w ogrodzie botanicznym) Gretchen Cuda, Debra Weiner, Molly Webster, ja, Daniel Stone, Heidi Chang. Klęczą: Nicole (pracownica ogrodu) oraz Shar Levine.


Tutaj pracowicie wyrabiam materiał z kory tak jak to robili rdzenni Hawajczycy.

Wraz z Danielem Stonem oczyszczamy orzech kokosowy. Udało nam się! Nawet go potem rozbiliśmy!


A to jeden z nielicznych dziewiczych lasów na Kauai. Prawie nie ma tu roślin inwazyjnych.


1 komentarz:

pstan pisze...

WOW! Jak obejrzalem zdjecia, to zaczynam Ci coraz bardziej zazdroscic :)
Co, poza materialem z kory, jeszcze tam robisz, he?