1.3.09

Po co zimą jeździć do lasu?

- O, no i po co tu przyjechaliśmy?! Nie ma żadnych zwierząt. W ogóle nic nie słychać! – narzekał Kacper. Jakoś niedobrze zaczęła się ta nasza zimowa wycieczka do lasu. Namówiłem na nią dzieci i Irenę, ale gdy dojechaliśmy na miejsce, wszyscy byli już zdenerwowani. Może najmniej Ida. Ona lubi wspólne rodzinne wyprawy, ale nie jest taką wielbicielką dzikich zwierząt jak Kacper. Dla niego zaś cała wycieczka nie miała sensu. I jak miałem go przekonać, że jednak warto rozejrzeć się po lesie?
Jeszcze żeby był śnieg! A tu znów się roztopił. Większość ptaków dawno poleciała na zimowiska. Inne zwierzęta śpią lub kryją się gdzieś niewidoczne dla nas. Jak wysiedliśmy z samochodu, to naprawdę nic nie było słychać. Poza szumem wiatrem, który poruszał koronami bezlistnych drzew. Od czasu do czasu dał się też słyszeć turkot pociągu albo warczenie samochodu. Ale dla tych odgłosów nie jechalibyśmy do lasu. To możemy i usłyszeć w Warszawie.
Postanowiłem się jednak nie poddać. Liczyłem, że coś jednak usłyszmy i zobaczymy. – Cicho! – nakazałem dzieciom, niezbyt grzecznie, prawdę mówiąc. Musiałem mieć jednak chwilę, by wsłuchać się w las. Po chwili przez szum wiatru przebiło się cichutkie „pi, pi, pi”. Ucieszyłem się. Pojawiła się szansa, że nasza wycieczka nie będzie tak zmarnowana i nerwowa. Ruszyliśmy w kierunku tych popiskiwań, a one zbliżały się w naszą stronę. Spotkaliśmy się tuż nad brzegiem rzeczki Czarnej. To było stadko ptaszków, które zimę spędzają w Polsce. Kręciły się po gałęziach, pracowicie wyszukując pożywienia pod wszelką postacią. Uwijały się tam i pospolite sikory bogatki, i sikory modre, i niezwykle urocze raniuszki. Drobne ptaszki często zimą tworzą takie różnorodne stada. Nierzadko do sikorek i raniuszków dołączają się też pełzacze leśne, dzięcioły średnie czy dzięciołki. Tak w masie prawdopodobnie lepiej chronią się przed drapieżnikami. Zawsze ktoś dostrzeże z nich dostrzeże niebezpieczeństwo i ostrzeże innych.
Zimowe ptaszki przelatywały nad naszymi głowami, czasem zawisały na gałęziach tuż nad wodą. W ślad za nimi zeszliśmy na brzeg rzeczki. I tu czekała nas największa niespodzianka. Nagle na jakimś patyku wystającym z dna usiadło coś jaskrawie niebieskiego. Chwilę nastroszyło piórka, zakręciło się i – ziuuu! – odleciało. Aż nam zupełnie niezimowy błękit zalśnił w oczach. – Zimorodek! – krzyknąłem w zdziwieniu. To dość nieliczny ptak, który poluje na rybki w wodzie (jego zdjęcie z WikiCommons załączam na górze). Owszem, często zimuje w kraju, ale że wybrał akurat to miejsce? Rzeczkę nad stawami niedaleko Warszawy? I że pokazał się nam akurat podczas wycieczki, która tak się źle zaczęła? To już było więcej niż mogłem oczekiwać.
- I co? – obróciłem się z triumfem do Kacpra. – „Nie ma żadnych zwierząt?” „Nic nie słychać?” – przedrzeźniałem go. - Zobaczyliśmy sikorki, raniuszki, nawet zimorodka. Warto było przyjechać?
- No warto.. – z ociąganiem się odpowiedział mój syn. –Ale mrówek i pająków nie było…
No cóż. Niestety, miał rację. Dobrze, że niedługo zacznie się już wiosna!


Sikora modra (modraszka)
(zdjęcie z WikiCommons)

Raniuszek
(zdjęcie z WikiCommons)

Brak komentarzy: