15.2.09

Kto urodził tych ludzi, których nikt nie urodził?



Kolejny dzień biegam między jednym wykładem a drugim. Redakcja „Przekroju” wysłała mnie bowiem na kongres Amerykańskiego Towarzystwa na rzecz Postępu Nauki (AAAS) w Chicago. Dorocznej imprezie tym razem patronuje Karol Darwin, którego dwusetne urodziny, 12 lutego 2009 roku, zbiegły się z pierwszym dniem konferencji. Mnóstwo wykładów poświęcone jest więc teorii ewolucji. Darwina cytuje się nawet na sesjach z kompletnie innej bajki. Ten ewolucyjny nastrój przypomniał mi pewne zagadkowe pytanie, które kilka tygodni temu zadał Kacper: „Tato, a kto urodził tych ludzi, których nikt nie urodził?”.
Akurat szliśmy do szkoły. Aż się zatrzymałem, tak mnie zadziwił. Nie byłem pewien, o co mu chodzi, ale wiedziałem, że o coś ważnego i domyślałem się, że ma to jakiś związek z ewolucją człowieka. Kacper już wiedział, że naszymi przodkami były małpy, które zeszły z drzew i opanowały afrykańską sawannę. „No, chodzi o to - zaczął Kacper, poproszony o dokładniejsze wyjaśnienie swego pytania – że jak powstał pierwszy człowiek, to z kim się rozmnażał? Przecież nie z małpą? No to kto urodził jego dzieci?”. W tym momencie już pojąłem, co chce wiedzieć. I zacząłem podziwiać jego rozumowanie. Podoba mi się, że mój syn nie przyjmuje tak po prostu wiedzy, lecz ją krytycznie przemyśliwuje. Tyle że w jego rozumowaniu tkwił jeden błąd. Nasz gatunek nie powstał od razu gotowy. Jego ewolucja trwała kilka milionów lat i nasi przodkowie stopniowo nabywali cechy, które dziś tak nas odróżniają od zwierząt (w tym małp). Jeśli ktoś zyskał na przykład trochę większy mózg albo mniej owłosione ciało, to nie był aż to bardzo odmienny od swoich krewnych czy kolegów. Spokojnie mógł wśród nich znaleźć żonę czy męża i mieć z nim (nią) dzieci. Jeśli ta nowa cecha dawała mu jakąś przewagę nad innymi, to potrafił zdobyć więcej pożywienia, był zdrowszy, mniej zmęczony, bardziej wytrzymały czy wreszcie lepiej ukrywał się przed drapieżnikiem lub sprawniej chronił swoje dzieci przed niebezpieczeństwem. Jego potomstwo mogło tę cechę odziedziczyć a potem przekazywać kolejnym pokoleniom. Krok po kroku ci, którzy mieli tę przewagę, zdobywali silniejszą pozycję, a kolejne generacje ich potomków stawały się coraz liczniejsze. W pewnym momencie było ich więcej niż osobników bez tej nowej cechy. A w końcu na placu boju pozostawali tylko ci „nowi”. Potem oczywiście pojawiali się osobnicy z nowymi umiejętnościami, a cała historia się powtarzała. I tak po wielekroć. W końcu jakieś 200 tysięcy lat temu wyłonił się człowiek, który był niemal identyczny z nami. Piszę „niemal”, bo on nadal podlegał ewolucji i dalej stopniowo się zmieniał. Prawdopodobnie na przykład pierwsi ludzie naszego gatunku jako dorośli nie potrafili trawić mleka. Dopiero kilka tysięcy lat temu rozprzestrzeniła się cecha, która to umożliwiała. Pozwalała bowiem przeżyć w trudnych warunkach, żywiąc się mlekiem hodowlanych krów czy owiec. Choć, trzeba przyznać, do dziś są tacy, którzy mleka nie trawią i już. Ja na przykład. I jakoś mojej żonie wcale nie przeszkadza, że jestem trochę mniej zaawansowany ewolucyjnie niż ona. Nawet urodziła mi dzieci. I to jakie mądre!


2 komentarze:

Agnieszka pisze...

"Spokojnie mógł wśród nich znaleźć żonę czy męża i mieć z nim (nią) dzieci."

Uczy Pan dziecko, ze dzieci powstają wyłącznie w małżeństwie? :D

Anonimowy pisze...

Ten materiał wideo został usunięty z YT.
A o pochodzenie dzieci bym się nie martwił i zdał na wewnętrzne intutcyjne poczucie prawdy, które każde z nas ma, zanim zatracimy się w świecie dorosłych. Niech się Pani nie czepia drobiazgów, bo to skrót myślowy jest.