6.12.08

Skąd się tu wzięły bobry?!

Pamiętam z dzieciństwa, jak wielką rzadkością były bobry. A jak ktoś nie wierzy, chętnie zacytuję „Mały słownik zoologiczny” z 1991 roku. W tomie poświęconym ssakom można przeczytać, że bóbr europejski „w Polsce zachował się w swym naturalnym stanowisku na rzece Marysze, dopływie Hańczy”. A teraz, proszę, co się wyprawia: na ślady jego działalności natknęliśmy się nawet w Lasach Chojnowskich tuż pod Warszawą.
Tu wyjaśnię, że Lasy Chojnowskie to jeden ze stałych celów naszych wycieczek przyrodniczych. Drzewa docierają tu do stawów należących do Rybackiego Zakładu Doświadczalnego w Żabieńcu. Wzdłuż zbiorników płynie rzeczka Czarna, poprzecinana licznymi zaporami (tu można obejrzeć mapkę). Połączenie lasów, rzeczki, stawów, trzcinowisk zawsze daje naszej rodzinie mnóstwo okazji do rozmaitych obserwacji przyrody. Możemy oglądać cierniki, łapać rozwielitki, obserwować sikory, słuchać żab, łysek i tak dalej, i tak dalej. Pewnie jeszcze nieraz będziemy opowiadać o naszych odkryciach „z Żabieńca” (jak w skrócie mawiamy). No i właśnie ostatnio, gdy wędrowaliśmy wzdłuż Czarnej, natrafiliśmy na drzewa świeżo ścięte przez bobry. Kacper doliczył do 50 pni, a potem się zgubił. Możemy więc przyjąć ogólnie, że było to kilkadziesiąt sztuk. Część leżała w rzeczce Czarnej, część na brzegu. Jedne obdarte z kory, inne jeszcze całe. Ida zawzięcie wszystko fotografowała. Kilka jej zdjęć zamieszczam obok i poniżej. A mnie zdumiewało, jak te bobry sobie tutaj radzą! Bo z dzieciństwa pamiętam, że wszędzie tłumaczono mniej więcej tak: „Bobry są rzadkie, bo do życia potrzebują bardzo czystej wody, terenów lekko pagórkowatych i spokoju”. A tu, w Żabieńcu, woda niezbyt czysta, teren płaski, a i spokoju niewiele. Spacerowicze, tacy jak my, są tu aż nazbyt częstymi gośćmi. Coś się więc bobrom w główce przewróciło. Co? I dlaczego?
Na pewno dużą rolę odegrał upór człowieka, by przywrócić bobry przyrodzie. W Stacji Badawczej PAN w Popielnie na Mazurach w 1958 roku powstała ferma tych gryzoni. Rozwijano ich hodowlę, a potem wypuszczano na wolność. Początkowo tylko w Polsce północno-wschodniej. W latach 70. zaczęto je intensywnie przesiedlać na inne tereny. Dobrze pamiętam książkę Piotra Topińskiego „Kampinoskie bobry”, którą, jako uczeń podstawówki, dostałem jako nagrodę w jakimś konkursie. Opisywała ona trudy wprowadzenia tych gryzoni do Kampinoskiego Parku Narodowego. Podobne akcje miały miejsce w innych regionach Polski. Całość zakończyła się dużym sukcesem. Tak dużym, że bóbr już przestał potrzebować pomocy. Żyje i w zanieczyszczonych wodach, i w górach, i na płaskich terenach, i nawet w miastach. Zalewa pola, rąbie drzewa, robi dziury w wałach przeciwpowodziowych. Okazało się, że wcale nie jest tak wybredny, jak myślano. I z gatunku rzadkiego stał się w miarę pospolitym.
Niektórym zaczął wręcz przeszkadzać. Kilka lat temu zmieniono więc jego status - ze zwierzęcia objętego całkowitą ochroną na objętego ochroną częściową. To trudne sformułowanie oznacza, że – za odpowiednim zezwoleniem – można na niego polować. Na szczęście w Lasach Chojnowskich jeszcze nie widziałem, by ktoś próbował zabijać te sympatyczne gryzonie. Mi się wydaje, że te ścięte drzewa nad rzeczką Czarną są kosztem wartym poniesienia. Choćby po to, by widzieć fascynację, z jaką dzieci je obserwują i komentują.
Po powrocie z wycieczki tak się zresztą rozentuzjazmowały, że poprosiły mnie, bym poczytał im „Kampinoskie bobry” Topińskiego. Ta książka, podobnie zresztą jak i cała historia bobra europejskiego, to piękny dowód, że człowiek, jak chce, naprawdę może pomóc przyrodzie i potrafi naprawić krzywdy, jakie jej wyrządził. Kacpra to ucieszyło. Oznajmił, że w przyszłości chce być „ratownikiem bobrów”. W sumie to nawet niezły zawód, prawda?







Brak komentarzy: