9.3.12





W ostatnim wpisie na tym blogu, półtora roku temu, obiecywałem, że po powrocie z USA założę nową, lepszą stronę internetową. Muszę się przyznać – powroty są trudniejsze niż myślałem. Niemniej od lipca 2011 roku jesteśmy w kraju, a z początkiem 2012 roku niektóre z pomysłów wreszcie udało mi się zrealizować. Właśnie ukazała się druga książka – „Tato, a po co?”, oparta częściowo na tym blogu, a częściowo na nowych, nieopisanych tutaj przygodach. Bloga „A dlaczego?” postanowiłem już nie reaktywować, lecz założyłem całkiem nowy: „W przyrodę”, poświęcony spotkaniom z przyrodą podczas zwykłych rodzinnych wycieczek. Dzięki Marcie Madigan powstała też moja statyczna strona-wizytówka www.mikoluszko.com.
Zapraszam więc na nowy blog i do nowej książki. Miłej lektury!

Więcej...

14.8.10

Czy to naprawdę już koniec?




- O, nie! Nie może ci jakiś pan kazać zamknąć bloga! Nie zgadzam się! – Kacper zdenerwował się nie na żarty.
Też było mi żal. Kilka dni temu dotarliśmy do USA, gdzie spotkałem się z moim obecnym szefem i jeszcze raz przeprowadziłem z nim poważną rozmowę. Co prawda nie kazał mi zamknąć bloga, ale bardzo to zalecał. Jego argumenty były przekonywujące. Przyznałem mu rację. To będzie więc ostatni już wpis na blogu „A dlaczego?”.

„Mój obecny szef” to Philip Hilts - dyrektor programu stypendiów dla dziennikarzy naukowych na jednej z najlepszych uczelni wyższych w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej. Nosi ona angielską nazwę Massachusetts Institute of Technology - w skrócie MIT - i znajduje się w miasteczku Cambridge tuż obok dużego miasta Bostonu. Od 27 lat co roku MIT funduje stypendia dla 12 dziennikarzy naukowych. Zazwyczaj przyjmują sześć osób z USA i sześć z innych krajów. Szczęśliwcy, którzy zostaną wybrani spośród wielu nadesłanych podań, mają prawo do uczestnictwa w dowolnych zajęciach na MIT oraz na znajdującym się tuż obok Uniwersytecie Harvarda. Bardzo chciałem uzyskać takie stypendium. Składałem kiedyś podanie, ale zostało odrzucone. W tym roku spróbowałem po raz kolejny. Tym razem powiodło mi się. Moje podanie spodobało się, dobrze wypadłem też w rozmowie kwalifikacyjnej i tym samym zostałem stypendystą MIT. Hura!!!
Dlatego 10 sierpnia całą czwórką – ja, moja żona oraz Ida i Kacper - wylądowaliśmy w Bostonie. Znaleźliśmy wcześniej mieszkanie do wynajęcia w Cambridge i takim to sposobem od kilku dni jesteśmy w USA. Jeszcze zbyt wiele nie zdążyliśmy tutaj zwiedzić. Wybraliśmy się jedynie do tutejszego oceanarium. Bardzo się tam Idzie i Kacprowi podobało. Wielką frajdę sprawiła im też położona niedaleko fontanna, w której szalały amerykańskie dzieciaki. Widać to na zdjęciu, które zamieściłem na górze.
Tak naprawdę jednak większość czasu spędzamy póki co na załatwianiu rozmaitych formalności. Oj, dużo tego jest. Dzieci czasem marudzą, ale i tak dzielnie wytrzymują wszelkie wizyty w bankach, urzędach i sklepach. A musimy się śpieszyć, bo zajęcia na MIT i Harvardzie zaczynają się z początkiem września. Dodatkowo będę też miał wykłady organizowane specjalnie dla nas - dziennikarzy-stypendystów. A także zajęcia, na których będą nas uczyć przygotowywać nagrania dźwiękowe, krótkie filmy i sam-już-nie-wiem-co-jeszcze. Tak, dni będę miał zapełnione po brzegi. I właśnie dlatego warunkiem otrzymywania stypendium jest powstrzymywanie się od pracy zawodowej przez cały rok akademicki. Phil Hilts zaleca też, by rezygnować z prowadzenia blogów. Szczególnie zaś takich, jak mój, które wymagają pracowitego poszukiwania informacji i zbierania materiałów.
- Chcąc dalej prowadzić blog, musiałbyś rezygnować z części zajęć – tłumaczył mi. – A nam zależy, byś właśnie tego nie robił.
Tak, Phil ma rację. Ale i tak mi smutno. Podporządkowuję się więc jego prośbie, choć z wielkim, wielkim żalem. I powtarzam sobie, że za rok, jak już wrócę z USA, założę jeszcze lepszą stronę internetową. Będę więcej umiał, więcej wiedział, lepiej znał się na nowych technologiach…

Kacper, nie martw się! Jeszcze mu pokażemy!

Więcej...

4.8.10

Dlaczego pioruny są powyginane?


Gdy to piszę za moim oknem zaczyna się burza. Ciemne chmury zakryły niebo, zerwał się wiatr, słychać pierwsze grzmoty. Czekam jeszcze na deszcz i błyskawice. Taka sceneria doskonale nadaje się, by wreszcie odpowiedzieć na pytanie Kacpra, nad którym męczę się już dobrych kilka tygodni. Ale już wiem! Udało się! Hura!
Pytanie pojawiło się jakiś miesiąc temu. Niebo za oknem wyglądało podobnie jak dziś. Tyle że burza była wówczas jeszcze większa. Od grzmotów drżały szyby w oknach, a błyskawice przecinały niebo żółtymi zygzakami. Właśnie: ZYGZAKAMI. I to zaintrygowało bardzo mojego synka.
- Tato – zapytał – a dlaczego pioruny są takie powyginane, a nie proste? I co to w ogóle są te pioruny? Skąd się biorą?
Oj, synuś... Ale dobrze. Zacznijmy od burzy. A raczej od ciężkich, burzowych chmur. Jak już tu kiedyś pisałem złożone są one z drobnych kropelek wody lub kryształków lodu. Jeśli chmura jest duża, pomiędzy jej składnikami przeskakują ładunki elektryczne. Wciąż nie ma całkowitej pewności, jak to dokładnie się dzieje. Być może w wyniku tarcia o siebie kropelek wody i kryształków lody – na tej samej zasadzie, jak elektryzuje się pocierany balon czy bursztyn. Tarcie między składnikami chmury zwiększają zaś gwałtowne wiatry czy zderzenie ciepłego powietrza z zimnym. Niezależnie jednak z jakiej przyczyny by się to nie działo, w efekcie część składników chmury ładuje się dodatnio, a część ujemnie. Ujemnie naładowane elementy przemieszczają się zaś w dolną część chmury, a naładowane dodatnio – w górną. A – że przypomnę – odmienne ładunki się przyciągają. Początkowo nic z tego nie wynika. Przed połączeniem się ich chroni warstwa powietrza. Stopniowo jednak ilość cząsteczek naładowanych elektrycznie rośnie. W końcu jest ich tak dużo, że już nic nie potrafi ich powstrzymać przed połączeniem się. Nagłym rzutem przemieszczają się tworząc piorun. Przy czym ujemne ładunki są wielokrotnie szybsze od dodatnich. Dlatego to, co widzimy jako błyskawicę, jest właśnie strumieniem ujemnych ładunków, czyli prądem elektrycznym.
Takie wyładowanie może mieć miejsce wewnątrz chmury, między chmurami oraz między chmurą a ziemią. Cząsteczki, które gnają na swoje spotkanie, wybierają drogę najłatwiejszą. Ale uwaga! Najłatwiejsza droga wcale nie jest drogą najprostszą! Na przeszkodzie stoją przecież zarówno cząsteczki powietrza jak i kropelki wody czy kryształki lodu. A ponieważ nie są one rozłożone równomiernie, piorun omija ich większe skupiska, lecąc tam, gdzie jest ich mniej. Dodatkowo cząsteczki w powietrzu mogą być obojętne elektrycznie, naładowane ujemnie lub dodatnio. Pioruna, który jest strumieniem ujemnych ładunków, przyciągają ładunki dodatnie a odpychają ujemne. To kolejny powód, dla którego jego droga raz po raz zakręca. W ostateczności to, co widzimy, czyli błyskawica, nie dość, że się „wygina”, to również rozdwaja, roztraja, rozgałęzia, a czasem znów się łączy. Widać to dobrze na filmiku, który zamieściłem na górze strony.
Wewnątrz pioruna jest straszliwie gorąco. Temperatura może dojść do blisko 30 tys. stopni Celsjusza – kilkakrotnie więcej niż na powierzchni Słońca (ale o wiele mniej niż w jego wnętrzu). Jeśli tak wielki żar trafi w drzewo, rozgrzewa jego wnętrze tak, że pień rozrywa się na kawałki. Czasem może się zapalić, co staje się początkiem pożaru.
Jeśli piorun trafi w człowieka, to… no, nie będę straszył. W każdym razie to bardzo, bardzo niebezpieczne. Dlatego w czasie burzy trzeba uważać, by nie zostać rażonym piorunem. Przede wszystkim należy omijać samotne drzewa, wszelkie zbiorniki wodne, wysokie maszty, większe elementy metalowe czy szczyty gór. Samotny człowiek w pozycji stojącej na płaskim terenie też może przyciągać pioruny. Dlatego – jeśli nie mamy gdzie się skryć – dobrze jest przykucnąć, podciągnąć kolana i przysunąć stopy do siebie. Najlepiej jednak schować się w domu lub w samochodzie. Co prawda piorun może też uderzyć w budynki, wywołując pożar. Na szczęście większość z nich ma dziś piorunochrony – specjalne urządzenia, które odprowadzają cały ten burzowy prąd. Dzięki temu nawet jeśli piorun uderzy w budynek, nie uczyni mu żadnej szkody. Ludzie wewnątrz mogą czuć się w pełni bezpieczni.
- Tato, a nasz blok ma piorunochrony? – spytał Kacper po wysłuchaniu tych wyjaśnień.
- Chyba tak.. – odparłem niepewnie, ale widząc jego wystraszoną minę zaraz się poprawiłem: - Tak! Oczywiście, że tak!

Dziękuję Tomkowi Rożkowi, fizykowi i dziennikarzowi, za pomoc w znalezieniu poprawnej odpowiedzi na trudne pytania Kacpra. Muszę się też zastrzec, że mój opis pioruna i przyczyn powstawania jego „powyginanych” kształtów jest uproszczeniem. Kto by chciał poznać więcej szczegółów, zachęcam do zajrzenia na stronę Komonews.com, Discovery Discovered oraz polskiej Wikipedii. Polecam też książkę Hansa Häckela „Pogoda i klimat”, z której zaczerpnąłem część informacji.

Więcej...

28.7.10

O co pytają czytelnicy? Cz. 4



Już niedługo wyjeżdżamy całą rodziną daleko, daleko... Mam nadzieję, że mimo to uda mi się nadal prowadzić ten blog. Dam znać za dwa tygodnie. A póki co nadszedł czas na odpowiedzi na kilka pytań od naszych czytelników.

Jakie jest największe zwierzę świata?
Ponieważ e-mail, który otrzymaliśmy, jest przemiły zacytuję go w całości: „Dzień dobry. Nazywam się Krzyś i interesuję się dinozaurami i nie tylko. Podoba mi się pana strona i postanowiłem zadać panu pytanie: jakie jest największe stworzenie jakie kiedykolwiek żyło na ziemi? Na razie wg mnie to Amphicoelias (60m) Ale nie jestem pewien...”.
Ja też nie jestem pewien, drogi Krzysiu. Stawiałbym jednak nie na żadnego dinozaura, lecz na płetwala błękitnego – przeogromnego, wciąż żyjącego wieloryba, który osiąga ponad 30 metrów długości i sto kilkadziesiąt ton (można go zobaczyć na filmiku powyżej). Tak, wiem, że daleko mu do 60 metrów amficeliasa. Tyle że zarówno ten dinozaur, jak i inne równie wielkie dinozaury, są znane tylko z pojedynczych kości. Na tej podstawie trudno precyzyjnie oszacować ich wielkość i ciężar. A wszystkie pradawne zwierzęta znane z większych kawałków szkieletów mimo swego ogromu nie dorównują wielkością płetwalowi błękitnemu. Nadal więc to on dzierży pierwsze miejsce w rankingu „największe zwierzę świata”. Co nie znaczy, że przysługuje mu ono na stałe. Kto wie, może wkrótce ktoś znajdzie inne kości amficeliasa i okaże się, że naprawdę przerastał on płetwala błękitnego? Kto wie, może Ty kiedyś tego dokonasz?
Trzymam kciuki!

Dlaczego mydło pęka?
„Chodzi mi o mydło w kostce – wyjaśnia nasza czytelniczka, Kasia Jaroszyńska. – Po pewnym czasie zaczyna pękać, nawet jeśli się go używa…”.
To prawda, mydło pęka. Zanim jednak pęknie, nasyca się wodą. Łatwo do dostrzec w łazience, gdy leży blisko prysznica czy kranu. Mięknie wówczas i lekko pęcznieje. Gy zostawimy je w spokoju, z dala od wody, zaczyna stopniowo wysychać. Ponieważ zwykle nie jest nawilżone równomiernie, również nierówno wysycha. Jedne partie mydła schną i tym samym kurczą się szybciej, inne wolniej. Tak tworzą się naprężenia, które skutkują pojawianiem się szczelin. Podobne zjawisko można obserwować w wysychającym błocie.
A odpowiedź pomogli mi znaleźć Krzysztof Orliński, nauczyciel chemii oraz Tomasz Rożek, fizyk i dziennikarz naukowy.

Czy poparzenie się pokrzywą jest zdrowe?
„Ostatnio mój 2 -leni syn przewrócił się twarzą w kierunku pokrzyw, w ostatniej chwili rozłożył ręce i nie upadł na twarz – napisała Mama_Adama pod postem „Czym parzy pokrzywa?". - Bez płaczu się nie obyło a dłonie miał spuchnięte przez ok. godzinę. Wtedy przypomniało mi się, że kiedyś słyszałam, że takie oparzenia są podobno zdrowe. Czy to prawda? Ten sok ma jakieś właściwości lecznicze?”.
A ja z kolei pamiętam, jak mój dziadek „biczował” się pokrzywą. Szczególnie ostro siekł swoje nogi, twierdząc, że to pomaga mu na reumatyzm. Ściśle biorąc – jak wyjaśniła mi Małgosia T. Załoga, chirurg i dziennikarka medyczna – poparzenia pokrzywą nie leczą, a jedynie pobudzają nerwy odpowiedzialne za uczucie pieczenia. One zaś „rywalizują” z nerwami odpowiedzialnymi za ból reumatoidalny i… wygrywają. Do mózgu dociera zatem informacja o pieczeniu, a nie o reumatyzmie. Dlatego ludzie chorzy na reumatyzm, tacy jak mój dziadek, po kuracji pokrzywowej odczuwają przez pewien czas ulgę i zadowolenie. Dziecko jednak już nie będzie tak szczęśliwe po oparzeniu się pokrzywami. Bólów reumatycznych i tak nie ma, a taki wypadek zdrowia mu nie doda. Co nie znaczy, że pokrzywa nie ma własności leczniczych! Ma i to całe mnóstwo. Wymieniać ich tu nie będę, ale radzę zajrzeć do Wikipedii albo na stronę Łuskiewnik.pl.
By skorzystać z dobrodziejstw pokrzywy nie należy jednak nią się „biczować”, lecz zrobić z niej napar lub wyciąg. Stosowanie do potrzeb można go wypić lub użyć zewnętrznie np. do płukania włosów. Młode liście można też jeść na surowo jako dodatek do sałatki. Sam kiedyś jadłem. Smaku już jednak nie pamiętam. Dawno to było.
Hm, może warto znów spróbować?


Więcej...

21.7.10

Co jest ważniejsze: mózg czy serce?


- Panie Wojtku, ale miałem dziś przygodę – opowiadał kolega Kacpra, Michał, który odwiedził nas tuż przed wakacjami. Był w wyjątkowo dobrym humorze. – Szedłem sobie po klatce w moim bloku i nagle potknąłem się o własną nerkę. Upadłem i patrzę, a tu leży mój mózg! Zgubiłem go wcześniej i nie mogłem znaleźć. A on po prostu leżał sobie na trzecim piętrze. Uff, dobrze, że go znalazłem…
Wystraszonym tą makabryczną historią wyjaśnię od razu: Michał to świetny żartowniś. Kacper i Ida wprost pokładali się ze śmiechu, gdy opowiadał o poszukiwaniu swojego mózgu. No dobrze, przyznam się: ja też nieźle się bawiłem. A cała historia miała jeszcze jedną dobrą stronę: dzieciaki zaintrygował sam mózg. Zastanawiały się, czy gdyby naprawdę wypadł z głowy, dałoby się żyć?
Nie, nie dałoby się.
A gdyby wypadło serce?
Też nie dałoby się.
W końcu jakiś tydzień czy dwa po rozstaniu z Michałem, gdy już wyjechaliśmy na wakacje na Podlasie i wybraliśmy się do lasu na poziomki, Ida zapytała:
- Tato, a właściwie co jest ważniejsze: mózg czy serce?

Rzecz w tym, że w języku potocznym oba słowa mają znaczenie symboliczne. Gdy mówi się „serce”, często ma się na myśli uczucia, szczególnie zaś miłość. Gdy mowa o „mózgu”, chodzi o rozum, intelekt czy inteligencję. W rzeczywistości zarówno uczucia, jak i rozum mieszczą się w jednym organie: mózgu. Ale to wiadomo od dość niedawna. Wielki grecki filozof Arystoteles, uważany za twórcę nauki, uważał, że najważniejszym ludzkim organem jest serce. To ono miało zarządzać odczuciami, zmysłami i ruchami. Do niego miały spływać informacje z oczu i uszu. A rolą mózgu byłoby jedynie… odprowadzanie nadmiaru ciepła.
Trzeba było setek lat, by odkryć, że serce nie pełni aż tak wielu funkcji. Jego rolą jest pompowanie krwi w naszym ciele. To ogromny mięsień, który rozpycha krew po całym ciele. Posyła ją do płuc, gdzie zostaje ona natleniona. Gdy stamtąd wraca, znów do serca, ono pcha ją do reszty ciała, by roznosiła życiodajny tlen wszystkim komórkom. Jeśli serce przestanie działać, krew zatrzymuje się, a komórki nie dostają tlenu. Żyć się więc bez serca nie da.
Ale pracą serca, jak dziś wiemy, kieruje mózg. Ściśle biorąc: jego najbardziej pierwotna część. Ona zawiaduje także oddychaniem, przełykaniem, kasłaniem i innymi odruchowymi czynnościami. W innych partiach mózgu znajdują się ośrodki kierujące mięśniami, słuchem, wzrokiem, pamięcią czy inteligencją. Mózg tak naprawdę kieruje całym naszym ciałem. To on tworzy naszą osobowość, nasz charakter, to, kim jesteśmy. To w nim znajdują się substancje, które odpowiadają za odczuwanie przyjemności, szczęścia, miłości, a także wstrętu, nienawiści, smutku. To jemu my, ludzie, zawdzięczamy inteligencję, rozum, który umożliwił nam podbój świata. I dlatego, jeśli muszę wybierać, co jest ważniejsze, to stawiam na mózg. Nawet jeśli bez serca też się nie da żyć. I tak właśnie odpowiedziałem Idusi.
Na to wszystko odpowiedziała krótko:
- Aha.
Po czym zabrała się za zbieranie poziomek w lesie. Potem podzieliła się nimi ze mną. Były przepyszne. Tak przynajmniej stwierdził to mój mózg.

Więcej...

13.7.10

Dlaczego makaron mięknie po ugotowaniu?



Ileż tajemnic kryje w sobie zwykła zupa pomidorowa! Już tu kiedyś pisałem, jak jej obserwacja doprowadziła Idę do pytania, dlaczego mleko jest białe. Tym razem moją córkę zaciekawił makaron, jaki znajdował się w owej zupie. Zdaje się, że go nieco nie dogotowałem. W efekcie nie był tak miękki, jak powinien. No, był wręcz twardawy. Ale to przecież nieważne. Ważne jest jedynie to, że gdy się usprawiedliwiałem, Ida zapytała:
- Dlaczego właściwie makaron mięknie po ugotowaniu?
Uff, mogłem zmienić temat rozmowy. Zamiast rozmawiać o błędach, jakie popełniłem podczas gotowania makaronu, mogłem zająć się poszukiwaniem naukowej odpowiedzi. Kluczem do rozwiązania tej zagadki jest mąka, z jakiej wyrabia się makaron. A właściwie nie sama mąka, lecz jej główny składnik chemiczny zwany skrobią. Związek ten składa się z wielu małych cząsteczek cukru połączonych w długie łańcuchy. Układają się one równo wzdłuż siebie i to tak blisko, że pakują się ciaśniej niż sardynki w puszce. Z racji tak małych odległości między poszczególnymi łańcuchami tworzą się między nimi nowe więzy chemiczne. I właśnie to powiązania rozpadają się, gdy cząsteczki skrobi są podgrzewane. Między ich łańcuchami robi się wówczas miejsce, w które wciska się woda. To jeszcze bardziej narusza ich ścisłą strukturę. Budowa skrobi staje się chaotyczna, pełna wody i w efekcie zamienia się w miękki żel. Jego objętość jest zdecydowanie większa niż twardej, suchej skrobi i dlatego ziarna skrobi pod wpływem gotowania pęcznieją, wręcz puchną, co doskonale widać na załączonym na górze filmiku.
Z punktu widzenia ludzkiej diety ta zamiana gęstej, twardej skrobi w rozpulchnioną „papkę” jest niezwykle ważnym procesem chemicznym. Cukier ten stał się bowiem jednym z podstawowych pokarmów ludzkości. Ze względu na dużą jego zawartość taką popularnością cieszą się na świecie pszenica, owies, jęczmień, ryż, ziemniaki i jeszcze parę bardziej egzotycznych roślin typu taro, maniok czy chlebowiec. Przy czym w stanie surowym skrobia jest dla nas praktycznie nie do strawienia. Jej łańcuchy są tak ściśle upakowane, że nasze enzymy nie potrafią się do nich dobrać. By móc wydobyć energię z pokarmów skrobiowych, należy je ugotować, upiec czy też w inny sposób podgrzać w obecności nawet niewielkich ilości wody. Wtedy właśnie zaczyna się proces rozrywania łańcuchów skrobi i wciskania się między nie cząsteczek wody. Dlatego makaron, ziemniaki, kasza czy ryż miękną i powiększają się w trakcie gotowania, mąka ziemniaczana pęcznieje tworząc krochmal, kisiel lub budyń, a bułki i chleby stają się tak pożywne. Gdy jemy tak przygotowany pokarm, nasze enzymy trawienne mogą już bez większego problemu wnikać między łańcuchy skrobi, pozwalając na wydobycie z niej tak potrzebnej nam do życia energii.
I na koniec zagadka: a dlaczego jajka zachowują się dokładnie na odwrót i podczas gotowania zamiast mięknąć twardnieją?

Za pomoc w odszukaniu odpowiedzi na pytanie Idy po raz kolejny dziękuję panu Krzysztofowi Orlińskiemu, nauczycielowi chemii. Informacje o zmianach zachodzących w skrobi podczas gotowania znalazłem też w świetnej audycji „Chemicznego reportera”, na stronie Food Resource oraz w angielskiej Wikipedii.

Więcej...

6.7.10

Czy bakterie „od próchnicy” jedzą zęby?


- Proszę – powiedziała Ida i otworzyła zaciśniętą dłoń. Leżał na niej ząb.
- Ojej! – zachwyciła się jej mama. – Jaki piękny!
Prawdę mówiąc, ząb nie był jakoś szczególnie piękny. Ba, można by powiedzieć, że nawet był brzydki. Wszystko przez próchnicę, która się na nim rozwinęła. Staramy się oczywiście bardzo dbać o zęby dzieci. Ida i Kacper regularnie chodzą do dentysty i codziennie myją zęby. Ale i tak co i rusz rozwija się u nich jakaś plama próchnicy. Podczas ostatniej wizyty u dentysty nasza pani doktor namierzyła u Idy duży ubytek w dwójce. Ponieważ jednak ząb ten jeszcze był mleczakiem i już się chwiał, czy wręcz „tańczył”, stomatolog uznała, że nie będzie męczyć Idy uciążliwym borowaniem, bo ząb i tak zaraz wypadnie. Zabezpieczyła jedynie chore miejsce tak, by bakterie nie rozsiewały się dalej po jamie ustnej. Mijał tydzień za tygodniem, ząb chwiał się i tańczył coraz bardziej, a wypaść – jak na złość – wcale nie zamierzał.
I wreszcie nadszedł ten dzień! Dlatego mama Idy i Kacpra tak bardzo się ucieszyła. Dzieci również były bardzo szczęśliwe. Położyły ząbek i dokładnie go oglądały. Najbardziej zaintrygował je ów feralny ubytek w zębie. Wiedziały, że spowodowały go bakterie. Ale bardzo je zaintrygowało, co właściwie one robią na zębach.
- Tato, czy te bakterie jedzą ząb?
- A czy teraz, gdy ząb wypadł, zdechną?
- Czy bakterie od próchnicy mogą w ogóle jeść martwy ząb? – pytały jedno przez drugie.

Popełniły jednak podstawowy błąd. Bakterie, które uszkadzają nam zęby, wywołując próchnicę, wcale nie jedzą zęba. One żywią się resztkami jedzenia, jakie znajdują na zębach. Ich ulubionym pokarmem jest cukier pod różnymi postaciami. To właśnie trawiąc go, wytwarzają szkodliwy kwas mlekowy.
- To tak jakby bakterie wysikiwały kwasy? – dopytywał się Kacper.
Tak, tak jakby. W dodatku bakterie często łączą się ze sobą w warstwę zwaną płytką nazębną. Trudno je wówczas usunąć. Mogą spokojnie zajadać się cukrem i „wysikiwać” kwas na nasze zęby. On zaś powoli rozpuszcza najbardziej zewnętrzną i jednocześnie najtwardszą część zęba, czyli szkliwo. Jeśli bakterii się nie powstrzyma, to niszczenie idzie dalej – dochodzi do środka zęba, atakuje miększą jego część zwaną zębiną; potem dociera do naczyń krwionośnych i nerwów, wreszcie wnika w korzeń zęba. Na początku nic to nie boli. Potem pojawia się niemiłe uczucie przy jedzeniu pokarmów kwaśnych, słodkich, czasem też ciepłych lub zimnych. Z czasem pojawia się ból. Najpierw delikatny. Potem regularny. Staje się codzienną uciążliwością. Na koniec może przemienić się w ból nie do wytrzymania.
I właśnie, żeby do tego nie dopuścić trzeba dbać o zęby. Należy myć je regularnie, porządnie przy tym szczotkując. Drobne ubytki należy leczyć jeszcze zanim rozwiną się w wielkie dziury. Dlatego najlepiej jest odwiedzać dentystę przynajmniej raz na pół roku. A od czasu do czasu można pozazdrościć dzikim zwierzętom, które prawie nie miewają próchnicy. Przyczyna jest prosta: nie jedzą cukru. Z tego samego powodu bakterie, które wypadły razem z zębem Idusi raczej nie przetrwają. Cukru już przecież nikt im nie dostarczy. A zębem – czy to żywym, czy martwym - przecież się nie żywią.

Serdecznie dziękuję pani doktor Annie Brzezińskiej-Sak, naszej stomatolog, która cierpliwie wytłumaczyła nam zasady powstawania próchnicy. Kto by chciał zaś wiedzieć więcej, zachęcam do odwiedzenia strony Medserwisu oraz polskiej i angielskiej Wikipedii.


Więcej...

29.6.10

Czy krewetka może zjeść człowieka?

- A czy są taaaakie krewetki? – Ida rozłożyła ramiona najdalej jak potrafiła.
- A czy są krewetki jak od tej ściany aż do tamtej? – mówiąc, biegła na drugą stronę pokoju. Rozkręciła się tak, że wcale nie czekała na odpowiedź.
Kacper zaś jej sekundował, ale, jak to on, w wersji bardziej naukowej:
- A czy są krewetki tak duże jak rekiny?
- A czy są krewetki drapieżne?
Ida szybko dodała:
- A czy są takie krewetki, że mogą zjeść człowieka?! – pytając aż uniosła ręce.
Tymczasem sprawcy całego zamieszania, pół kilo mrożonych krewetek, nadal leżeli w lodówce. I nadal nie bardzo wiedzieliśmy, co z nimi zrobić. Zasługę za ich kupno ponosił Kacper. Trochę też jego mama. A jeszcze trochę ja.

A wszystko zaczęło się od wyprawy, jaką przedsiębrał Kacper razem ze swoją mamą i siostrą. Wybrali się na zakupy do supermarketu. Jest to jedna z najbardziej męczących wycieczek, w jakich uczestniczy nasza rodzina, ale niestety niezbędna nam do przetrwania. Mi tym razem się upiekło. Ale mama Idy i Kacpra, pozostawiona samotnie wobec pełnych półek i dwójki rozbrykanych dzieci, mocno się zmęczyła. Gdy nasz synek stanął przed stoiskiem z rybami i skorupiakami, była na skraju wyczerpania.
– O jakie piękne krewetki! – zawołał. – Mamo, kupmy je, kupmy je!
- Dobrze, synuś – wycedziła mama. – Ale nie teraz. Potem.
- Dzisiaj?
- Dobrze, synuś, dzisiaj. Potem – powiedziała z nadzieją, że Kacper zapomni o tej obietnicy.
Niestety, nie zapomniał. Tyle że mama już naprawdę nie miała sił, by wrócić do supermarketu. I to tylko po krewetki. Nie chcieliśmy jednak, by Kacper uznał, że nie dotrzymujemy obietnic. W kolejną wyprawę do sklepu wybrałem się więc ja. Synek doprowadził mnie do stoiska z krewetkami, a ja zakupiłem je w ilości pół kilograma. Gdy już znalazły się w naszym domu, wywiązała się owa długa rozmowa na temat tego, czym w ogóle są krewetki.
Na większość z pytań moich dzieci udało mi się jednak znaleźć odpowiedź. Krewetki, naukowo mówiąc, to kilka grup skorupiaków z rzędu dziesięcionogów. W sumie znanych jest około 1,5 tysiąca gatunków krewetek. Większość z nich nie ma polskich nazw. Żyją głównie w ciepłych morzach, ale znane są też gatunki słodkowodne, a i w naszym zimnym Bałtyku też mieszka kilka.
Wielkość krewetek waha się od kilku milimetrów do około 20-25 centymetrów. Żadna z nich nie jest więc aż tak duża jak rekin, ani „od ściany do ściany”, ani nawet jak dziecko. Wiele z nich żywi się drobnymi glonami, które zdrapuje w morzu z roślin i skał. Są też krewetki, które preferują rozmaite cząstki pokarmu unoszące się swobodnie w wodzie lub opadłe na dno. Istnieją także liczne gatunki drapieżne. Z racji swej wielkości nie są jednak w stanie zapolować na człowieka.
A mimo to, jak się dowiedziałem, niektóre gatunki mogłyby trochę podjadać ludzi. Mam na myśli krewetki padlinożerne. Gdyby napotkały ciało człowieka, który utonął w morzu, zapewne chętnie by skorzystały z tej masy pokarmu. Ponieważ jednak mają dość słabe szczęki, musiałyby najpierw poczekać, aż inne zwierzęta rozdrobnią im pokarm. Same nie mogłyby komuś odgryźć palca.
Ale krewetki, które kupiliśmy z pewnością nie były padlinożerne. Domyślamy się, że pochodziły z farm. Ponieważ wiele gatunków krewetek jest jadalnych, a w dodatku smacznych i zdrowych, hoduje się je w specjalnie ogrodzonych rejonach mórz. W Polsce nie ma tradycji ich jadania – choćby z racji tego, że niewiele ich u nas żyje. Stąd i nie ma zwyczaju przygotowywania z nich potraw. Na szczęście przyszedł mi w końcu do głowy dobry pomysł. Zaproponowałem dzieciom, byśmy zrobili pizzę z krewetkami. Spodobało im się. Z zapałem zabrały się do pracy. Efekt był wspaniały! Objedliśmy się pizzą z krewetkami tak, że aż nam brzuchy pękały. Musimy to kiedyś powtórzyć.
Chociaż, prawdę mówiąc, boję się wybrać z Kacprem do tego supermarketu raz jeszcze. Bo tuż obok krewetek leżały mrożone kraby. Mój syn też pewnie by chciał je spróbować. Ale jak je przyrządzić? Na pizzę się nie nadają…

I jak zwykle na koniec wielkie podziękowania. Aż dwóch profesorów pomogło mi w poszukiwaniu odpowiedzi na „krewetkowe” pytania: prof. Jan Marcin Węsławski z Instytutu Oceanologii PAN w Sopocie oraz prof. Krzysztof Jażdżewski z Uniwersytetu Łódzkiego w Łodzi. Obaj to świetni specjaliści i na dodatek bardzo mili ludzie. A zdjęcie krewetki na górze pochodzi Wikimedia Commons.

Więcej...